Wywiady | NLP Coaching Hipnoza- Grzegorz Halkiew (zaświadczenia MEN) | kurs

Pora na znachora

Oficjalna medycyna pogardza w Polsce medycyną alternatywną. A im bardziej pogardza, tym więcej zostawia pola dla naciągaczy. Nikt nie panuje nad paramedycznym biznesem wartym miliardy.

Ministerstwo Zdrowia walczy o poprawę kiepskiego wizerunku. W połowie marca puściło więc do mediów przeciek, że kończy prace nad projektem ustawy o zawo­dzie fizjoterapeuty. O taką ustawę środowisko fizjoterapeutów walczy od lat. Ma ona określić precyzyjnie, jakie kwalifikacje – ze specjalistycznymi studiami na czele – dają prawo do posługiwania się tytułem fizjoterapeuty. Tak jak jest w przy­padku dentysty czy pediatry.

Rząd zmusi wreszcie kręgarzy i znachorów do zamknięcia gabinetów – zawyroko­wano w prasie i internecie. Guzik prawda.

Uzdrowiciele

Przecież rosnąca konkurencja dla fizjoterapeutów ze strony paramedyków to uboczny efekt zapaści w firmie ministra Bartosza Arłukowicza. Skazuje ona pa­cjentów po skomplikowanym złamaniu nóg czy z poważnym urazem kręgosłupa na długie miesiące czekania na rozpoczęcie rehabilitacji refundowanej przez NFZ. Rynek alternatywnej medycyny wypełnia tę lukę.

Tyle że niewidzialną ręką tego rynku coraz częściej bywają wszelkiej maści kręga­rze, spece od leczenia dotykiem czy kamieniami. Oferują usługi po atrakcyjnych ce­nach, najczęściej rzędu 40-50 zł za godzinę, zwykle za określoną z góry serię zabie­gów. Niczego nie gwarantują, czasem rzeczywiście pomagają, równie dobrze jed­nak skutki ich działań mogą być opłakane – z paraliżem wszystkich kończyn włącz­nie. Właśnie takie nieszczęście dotknęło w zeszłym roku młodą warszawiankę, pa­cjentkę "fizjoterapeutki" z Ukrainy, która zarejestrowała u nas taką działalność, mając w kieszeni certyfikat ukończenia weekendowego kursu.

Po wejściu w życie ustawy (a wciąż takiej nie mamy jako jedyny kraj w UE!) nazwa tego zawodu będzie musiała zniknąć z szyldów tysięcy gabinetów i z ogłoszeń. No i co z tego? Przecież równie dobrze dotychczasowy "fizjoterapeuta" z lipnym świa­dectwem może przechrzcić się na "bioterapeutę" czy "healera" (czyli uzdrowicie­la), bo i tak określają się niektórzy paramedycy! Nie słychać, aby rządowi chodziło po głowie przykręcenie śruby którejś z dziesiątek dziedzin medycyny niekonwencjo­nalnej, zwanej też naturalną.

To polski paradoks – z jednej strony jesteśmy jednym z nielicznych krajów rozwi­niętych, w których tradycyjna medycyna (zwłaszcza publiczny system ochrony zdrowia) odżegnuje się od tej z daleko- czy bliskowschodnimi korzeniami. Uznaje się ją niemal za szamaństwo – może z wyjątkiem akupunktury.

A z drugiej strony Polska ma pod tym względem regulacje wyjątkowo liberalne. "Uzdrowicielem" może być nad Wisłą praktycznie każdy. Wystarczy zarejestrować w urzędzie działalność gospodarczą bądź poszerzyć już prowadzoną o PKD 86.90.D. Skrót PKD oznacza Polską Klasyfikację Działalności – to swego rodzaju katalog rozmaitych działalności gospodarczych. Kod PKD 86.90.D to działalność paramedyczna. Można ją prowadzić wszędzie, byle nie w szpitalu – a więc także we własnym mieszkaniu i w domu pacjenta.

PKD 86.90.D wymienia tylko przykładowe rodzaje paramedycyny: irydologię, ho­meopatię, akupunkturę i akupresurę. Ale jej zakresu nie ograniczają żadne przepi­sy, więc równie dobrze może nią być leczenie pijawkami czy moczem, radiestezja (czyli różdżkarstwo), a nawet egzorcyzmy. A przede wszystkim bioenergoterapia (leczenie energią), ta królowa medycyny naturalnej, którą praktykuje przynaj­mniej co trzeci z paramedyków.

Siamani

Ilu tych paramedyków w sumie jest? Trudno ocenić, bo oficjalne dane GUS poka­zują tylko wierzchołek góry lodowej. Ten wystający ponad powierzchnię wierzcho­łek to kilkanaście tysięcy firm oraz samozatrudnionych, mających "paramedyczne" PKD. Jednak eksperci szacują, że medycyną naturalną para się u nas 70-80 tysięcy osób (dla porównania – lekarzy wykonujących swój zawód jest w Polsce ok. 150 ty­sięcy mniej niż przed dekadą, m.​in. z powodu emigracji), zaś rynek takich usług wart jest kilka miliardów złotych rocznie. W sondażu OBOP sprzed dwóch lat nie­mal co czwarty Polak twierdził, że korzysta z usług medycyny naturalnej.

Większość paramedyków działa w szarej strefie, nie płaci podatków ani składek na ZUS. Klientów znajdują metodą reklamy szeptanej, są polecani przez tych, którzy z ich zabiegów byli zadowoleni. A także przez ogłoszenia i przez własne strony w internecie, oferujące niekonwencjonalne metody leczenia stresu, migreny, wrzo­dów żołądka, a bywa że i bezpłodności.

To jednak tylko drobna przedsiębiorczość w paramedycynie. Duże biznesy są udziałem bioenergoterapeutów i hipnotyzerów o głośnych nazwiskach. Pierw­szym, który uwiódł Polaków, był Szkot Clive Harris; w latach 70. zeszłego wieku prowadził mitingi terapeutyczne w setkach parafii – waliły na nie tłumy. W począt­kach transformacji wielką gwiazdą stał się urodzony na Ukrainie Anatolij Kasz­pirowski, mistrz uzdrowicielskiej hipnozy, praktykowanej za pośrednictwem tele­wizji. Jego seanse gromadziły przed odbiornikami po 8-9 milionów Polaków, za co dostał zresztą od widzów statuetkę Wiktora.

Przełom wieków to z kolei apogeum popularności Zbigniewa Nowaka, bioener­goterapeuty-showmana z Podkowy Leśnej pod Warszawą, też praktykującego zbio­rową terapię. – Spotykałem się z ludźmi w stołecznej Sali Kongresowej i w Hali Lu­dowej we Wrocławiu, przyjmowałem dziennie po 1,5-2 tys. osób – wspominał. Ka­meralnie, w porównaniu z 60 tysiącami osób, które przyszły latem zeszłego roku na Stadion Narodowy w Warszawie, płacąc po 40 zł za bilet na religijno-terapeu­tyczny seans z udziałem księdza uzdrowiciela z Ugandy, ojca Bashobory.

W ostatnich latach takie masówki zeszły jednak na margines paramedycyny. Znani bioenergoterapeuci stawiają raczej na szeroki zakres usług i na skuteczny marketing. Tadeusz Cegliński, bioenergoterapeuta z 40-letnim doświadcze­niem leczący dotykiem, na swojej stronie internetowej zapewnia, że pomaga m.​in. ludziom z nerwicami i migrenami, z chorobami oczu, gardła i układu krążenia, schorzeniami kręgosłupa, a także z wadami wymowy. Jego nadzwyczajne zdolno­ści rekomendował swego czasu Jerzy Engel, były selekcjoner naszej reprezentacji piłkarskiej. W swej książce "Prosta gra" twierdził wręcz, że bez pomocy Ceglińskie­go, do którego zawiózł piłkarzy, nie byłoby ani sukcesów w eliminacjach do mi­strzostw świata 2002, ani eksplozji talentu Emmanuela Olisadebe, gwiazdy tam­tych lat, który nazywał terapeutę "siamanem".

Cegliński jest dzisiaj rasowym biznesmenem. W zbudowanym w 2004 r. (ponoć kosztem kilku milionów euro) pięciogwiazdkowym hotelu i spa Piramida w Papro­canach koło Tychów oferuje wszystko, co potrzebne dla zdrowia i urody. Pobyt nie jest tani – ok. 400 zł za nocleg – ale są też pakiety promocyjne, a w nich terapia do­tykiem Ceglińskiego. Poza pakietem – 100 zł za godzinny zabieg.

Fachowcy i naciągacze

Drogo? Wizyta w prywatnym gabinecie lekarza ortopedy, dermatologa czy psychia­try kosztuje zwykle więcej. A takich jak Cegliński jest w kraju najwyżej kilkudziesię­ciu – przeciętna stawka za godzinną konsultację bądź terapię u bioenergoterapeu­ty, homeopaty, speca od akupunktury bądź leczenia hipnozą jest niższa, ok. 50 zł.

Problem medycyny naturalnej dotyczy więc nie cen, ale tego, za co się płaci. Krót­ko mówiąc – jej skuteczności.

Większość rozwiniętych krajów Zachodu dyskusję na ten temat ma już za sobą. Owszem, wielu ekspertów lubuje się w rozważaniu, czy na przykład Steve Jobs, twórca Apple, mógłby żyć dłużej, gdyby w walce z rakiem trzustki nie porzucił na jakiś czas tradycyjnej medycyny na rzecz niekonwencjonalnej. Na co zwolennicy tej ostatniej ripostują, że ten skrajnie agresywny rodzaj nowotworu wykańcza ludzi średnio w kilkanaście miesięcy – jak aktora Patricka Swayze. A Jobs zmagał się ze swoim prawie dziewięć lat.

Ale to niczego nie rozstrzyga, podobnie jak amerykańskie statystyki śmierci pacjen­tów wskutek błędów lekarskich. Wynika z nich, że paramedycy mylą się czterokrot­nie rzadziej. Trudno jednak porównywać ryzyko błędów w kardiochirurgii czy on­kologii z tym, jakie wiąże się z leczeniem energią, igłami czy pijawkami.

Generalnie Zachód stanął na stanowisku, że medycyna naturalna nie powinna wchodzić w paradę tradycyjnej (a tym bardziej jej zastępować), ale wiele jej metod, zwłaszcza tych, które wspomagają samoobronę organizmu i psychikę cho­rego, może być uzupełnieniem standardowej terapii. Dlatego coraz popularniejsza we Francji, Niemczech, Skandynawii czy USA staje się tzw. medycyna integral­na (bądź integracyjna) łącząca to, co najlepsze w obu. W wielu krajach zabiegi metodami niekonwencjonalnymi są refundowane przez kasy chorych. Pod jednym warunkiem – mogą je wykonywać tylko fachowcy z dokładnie określonymi kwalifi­kacjami, potwierdzonymi egzaminami i certyfikatami wyznaczonych do tego insty­tucji. I z odpowiednio długą praktyką.

A u nas? U nas na rynku medycyny naturalnej dominuje żywioł. Owszem, w kraju jest kilkanaście cechów rzemieślniczych, grupujących bioenergoterapeutów, natu­ropatów, hipnotyzerów czy radiestetów. Organizują szkolenia, przeprowadzają eg­zaminy na czeladników i mistrzów w każdym z tych fachów. Kształci ich też kilka prywatnych szkół, jak Akademia Doskonalenia Zawodowego Naturopata, którą prowadzi jeden z najbardziej doświadczonych w Polsce hipnotyzerów i naturopa­tów, Grzegorz Halkiew.

Ale takie szkolenie musi kosztować. Za 80-godzinny kurs hipnozy energetycznej trzeba zapłacić 3700 zł, za II-stopniowy kurs bioenergoterapii, w sumie 110 go­dzin, ponad 2700 zł. Halkiew przyznaje, że tłumu chętnych nie ma.

Trudno się dziwić. Po co płacić za coś, czego nikt nie wymaga? Podobnie jest z ubezpieczeniami od ryzyka błędu, którego ofiarą padnie pacjent. Nawet ci, którzy kończą parogodzinny kurs za kilkaset złotych, jeśli się ubezpieczają, to tylko ze względu na klientów – żeby widzieli na ścianie jakiś certyfikat. Urzędników resor­tu zdrowia czy gminy to nie obchodzi.

W efekcie w pełni wykwalifikowanych, dyplomowanych bioenergoterapeutów jest w Polsce góra tysiąc na 20-30 tysięcy leczących energią. Podobnie sytuacja wyglą­da w innych specjalnościach paramedycyny. – Powieszenie na drzwiach gabinetu szyldu "lekarz" przez osobę bez studiów lekarskich jest karane. Napisanie "bioener­goterapeuta" czy "hipnoterapeuta" już nie. Dlaczego? – pyta Grzegorz Halkiew.

No właśnie – dlaczego?

Wśród licznych zadań, z jakimi minister Arłukowicz powinien się wreszcie uporać, jest więc i to: ucywilizowanie rynku paramedycyny. Przecież trwająca ofensywa na­ciągaczy, szukających okazji do łatwego zarobku, to efekt bałaganu na jego po­dwórku.


Autor: Miłosz Węglewski

 

Co mówi jego twarz?

Jolanta Skindziul - fenomen cold-readingu poproszona o odczyt z twarzy Grzegorza Halkiew napisała:

Jakoś trudno mi się "czytało", ale to pewnie raczej wynikało z moich problemów i tego, że ciężko było mi się skupić. Z dużą nieśmiałością opisuję to, co zobaczyłam. Nie wynika to raczej z wątpliwości (choć często tak mam, że po skończeniu myślę sobie, co ty tutaj nawypisywałaś...), a może wynika? Po takim wstępie czekam na komentarz z niecierpliwością... -dociekliwy, drąży temat, aż się dowie tego, co chce -ma ogromne poczucie humoru, ale myślę, że raczej nie idzie w kierunku złośliwości, tylko humor inteligentny, wyłapywanie takich zabawnych sytuacji -złośliwy potrafi być, ale w dyskusji, żeby pokazać błędy -otwarty do ludzi, ciepły, potrafi zdobyć ich zaufanie -chyba lubi podróżować, w różnych warunkach, lubi przy tym poznawać, chłonąć wszystko wokół -pewny siebie, tego, co robi, co o sobie wie -nie unika doświadczeń i tych dobrych, i tych złych -uważa siebie za kogoś w rodzaju mentora, lubi być kimś takim -w związkach lubi zachowywać swoje osobiste przestrzenie, mieć swój świat, i chce, żeby druga strona też go miała -lubi być niezależny, praca pod czyimś kierownictwem tylko wtedy, jak ma do tego kogoś szacunek i wierzy w jego wiedzę i umiejętności -otwarty do ludzi, bliższych i dalszych, z szacunkiem do nich, ale gdzieś, coś w sobie zatrzaskuje, i wydaje mi się, że nie chodzi tu o ten swój kawałek świata, ale o jakiś problem, traumę, coś nigdy nie wyciąganego na wierzch -równie łatwo cieszy się rzeczami luksusowymi, pięknymi, jak i takimi prostymi, zwykłymi- po prostu bierze to, nie ocenia, potrafi wszędzie czuć się dobrze, choć luksus lubi -i ogólnie ze sobą czuje się dobrze, ale nie wiem, czy nie ma problemu z bliskością z partnerem- jakby jakaś zadra, czegoś za dużo, albo za mało, nie umiem tego sprecyzować -lubi doznania zmysłowe, cieszyć się nimi, mam wrażenie, że świadomie i z uwagą -chce poznawać więcej, więcej doświadczać, ta otwartość na świat, z całym dobrodziejstwem inwentarza jakoś wysuwa mi się na plan pierwszy -potrafi być żywiołowy, choć sądzę, że nie traci przy tym głowy, ani uważności- ostatnio w gazetach dużo jest o uważnym, świadomym siebie w każdej chwili życia i mam wrażenie, że u niego to jest już naturalne. ...........................

Zawodowy kurs hipnozy analogowej i cold-readingu 1-3 marca 2013 czytaj więcej: /hipnoza-analogowa-cold-reading/

Kossakowski- szósty zmysł

Odcinek reportażu poświęconego technikom oczyszczającym sferę emocji: zobacz TERAZ   

Radio na fali- wywiad na temat regresji

Spectrum Rozwoju – Grzegorz Halkiew (26.06.2012)   Plik audycji z Grzegorzem Halkiew     Grzegorz swym hipnotycznym głosem przykuł uwagę słuchaczy jak i prowadzących.

Poruszaliśmy tematy od hipnozy, NLP, bioenergoterapia, szamanizm, regresja itp. Zapraszamy do wysłuchania audycji i komentowania jej. Na warsztaty Surowo Rozwojowe jakie organizuje Spectrum Rozwoju przy współpracy z Radiem Na Fali zapiszesz się i poczytasz więcej na stronie: www.spectrumrozwoju.com/warsztaty/ Zapraszamy i dziękujemy

było: Kongres nowej ery - wywiad

KONGRES NOWEJ ERY

Głos Pruszkowa

Realne zagrożenia naszej cywilizacji, których ilość i jakość wzrasta lawinowo, inspiruje ludzi w wielu krajach, aby szukać dróg ratunku. Wiele jest na to sposobów: polityczne naukowe i duchowe. O tych ostatnich mówiono na forum dyskusyjnym, które pod tą nazwą odbyło się w Warszawie.
 20 listopada br. Fundacja Czas Nowej Ery zaprosiła trapeutów i niezależnych publicystów, którzy przekazali ok. 250 zainteresowanym wyniki swoich badań i doświadczeń.

GRZEGORZ HALKIEW, hipnotyzer-terapeuta, starszy mającego siedzibę w Owczarni pod Pruszkowem Cechu Hipnotyzerów i Naturopatów, opowiedział o swoim wieloletnim doświadczeniu z hipnozą, która jest odwieczną sztuką pomagania człowiekowi uświadomienia sobie ukrytych prawd nim samym.. 

Facebook